"Dwa diabły"
- No dalej! Gadaj! – wymuszała ode mnie odpowiedź. Postanowiłem jeszcze grać, póki nie przygotuję się na opieprz.
-
No co? No co? – zabrałem (wyrwałem) papier z jej dłoni. – To jest
mojego kolegi, pokazywał mi. I się chwalił że do jakiegoś tam Stud!a
zdał. – łgałem w żywe oczy. To chyba był mój największy talent, spośród
wszystkich jakie podarował mi Bóg.
- Kolegi? – zaczęła być podejrzliwa. – Jakiego? – dopytywała zaciekawiona.
-
Wiesz… Tego… No… - szybko szukałem odpowiedniego imienia. – Wacka!
Prontochałowicza… - wypowiedziałem na głos, wymyślone nazwisko. –
Doszedł do nas niedawno. – tłumaczyłem. – Ogólnie co taka ciekawska? Hm?
– wbiłem zęby w owoc i złożyłem dokument. (…)
Wychodząc
z Finnickiem na świeże powietrze, odetchnąłem z ulgą. Kłamstwo ciągnie
za sobą kolejną nić bzdur, jakie przyjdą mi do głowy. Ale cóż poradzić?
Taki jestem. Że skacze do ognia, choć wiem że mogę się spalić. Ale mam
nadzieję taką, że może uda mi się wyjść cało? Kopałem kamyki po drodze,
wgapiając się w kamienną dróżkę. Jedyne co widziałem to mój cień i
kawałek ogona retivera. Finn był na tyle inteligentnym zwierzęciem, iż
wiedział, że nie ma prawa uciec – więc na luzie mógł chodzić bez smyczy.
Poczułem nagle że krystaliczna kropla zakończyła swój żywot na moim
nosie, uderzając o niego. Nie podnosząc wzroku zrozumiałem że zaraz
zacznie lać. Nie przejmując się zbytnio nałożyłem kaptur i usiadłem na
ławce. Pozwoliłem czworonożnemu pohasać wśród innych psiaków. Wpadł w
bieg za innymi, a ja przyzwyczajając swój tyłek do ławki (to trochę
potrwa) rozluźniłem się. Zaczęło kropić a ja wlepiłem wzrok w mojego
pupila. Po śmierci ojca, został mi tylko On. No i matka, ale to nie to
samo. Finnick przypomina mi beztroskie chwile z tatą, to On mi podarował
goldena na dwunaste urodziny. A dzień po, zginął. Smutne… Lecz
prawdziwe. Na każdym kroku czyha śmierć, nieważne co robisz. Jest tyle
sposobów na zabicie się, nie robiąc praktycznie nic. Śmiech, sople lodu,
oszustwo, kakao, nerwy, silikony mogą sprawić że zakończymy żywot.
Chyba z cudem ja jeszcze krocze po tym świecie… Moje uszy
niespodziewanie zarejestrowały dziewczęcy chichot. Odwróciłem głowę i
ujrzałem ją. Może jest szansa że chociaż poznam jej imię? Ale jak
podejść? Powiedzieć zwykłe „Hej?” i zacząć temat? Może przypadkowo na
nią wpaść? Albo… Wsadziłem dwa palce do ust i wypuściłem z siebie szybko
powietrze. Gwizd obudził mojego pupila, spojrzał na mnie z daleka a ja
przekrzywiłem energicznie głową w lewą stronę. Psiak zrozumiał o co
chodzi. Sprintem biegł w stronę dwóch dziewczyn i skoczył na ową ofiarę.
Jako „pomoc” podbiegłem do nich i odsunąłem zwierzynę, od nieszczęsnej
dziewczyny. – No już, buda! – gestem ręki wykonałem polecenie które
bezbłędnie wykonał. Zniknął wśród krzaków a ja pomogłem szatynce wstać. –
Wszystko dobrze? – zapytałem troskliwie przypatrując się jej rysom
twarzy.
-
Tak. Dzięki. – burknęłam zła. Bluznęła pod nosem i zaczęła iść ze swoją
koleżanką. Nie myśląc że tak to wyjdzie dorównałem im kroku i
próbowałem zagadnąć. Być może coś z tego wyjdzie.
-
Na pewno? Zawieźć Cię do szpitala? – tak Brad! Od razu na OIOM. –
Mogłaś doznać urazu przy wypadku, może potrzebujesz specjalisty. – pff!
Gregorio by się uśmiał! Sam nie wiedziałem co wygadywałem, ale starałem
się ją zatrzymać.
-
Weź mnie już zostaw. Pomogłeś? Dzięki, ale nie chcę już nic. Do
widzenia. I lepiej uważaj, bo tobie zaraz będzie potrzebny specjalista. –
odpowiedziała chłodno. Nie spodziewałem się takiej reakcji. Trafiłem na
jej zły dzień czy co?
- A mogę wiedzieć jak masz chociażby na imię?
-
Nie. – rzuciła oddalając się. Stanąłem jak słup rezygnując.
Niespodziewanie jej towarzyszka wykrzyknęła imię „Natalie!”. Udało mi
się, nie tak jak planowałem a jednak! Uśmiechnąłem się delikatnie czując
dumę że misja zakończyła się powodzeniem.
Następnego
poranka, obudziły mnie promienie słoneczne przedzierające się przez
żaluzję. Przewróciłem się na drugi bok by móc ujrzeć budzik i dopiero
teraz się skapnąłem. Cholera! Spadłem z łóżka i szybko się podniosłem.
Otworzyłem migiem szafę i wyciągając T-shirt i koszulę w kratę, oraz
jasne dżinsy pobiegłem do łazienki. Niewiele mi trzeba było. Zęby
wypucowane, twarz ogarnięta wraz z włosami które i tak jak na złość nie
chciały się układać, ubrany i wyszykowany. Popryskany moimi „sexy”
perfumami wsadziłem do plecaka potrzebne lekcje i wparowałem do kuchni.
Na lodówce kartka jak zwykle od matki. Nie miałem ochoty jej czytać,
zabrałem kurtkę z wieszaka i miałem wychodzić gdy… Właśnie… Do której
szkoły ja w sumie idę? Pani Brunhilda mi nie odpuści i na pewno zadzwoni
do starszej, a nie mogę opuszczać dni w Stud!o, bo to źle o mnie
świadczy. Mimo rozdarcia poszedłem do mej szarej budy, żegnając przy
wejściu Finnicka. Biegłem co sił w nogach aby zdążyć choć na pierwszą
lekcję...
-
Klerrof! Spóźnienie! – usłyszałem i zostałem opluty jadem tej żmii.
Zasiadłem z przodu, przy moim „kochanym” przyjacielu. Zack tylko
spojrzał na mnie spod swoich różowych okularów i zaśmiał się drwiąco. –
Na szczęście twoja matka się wzięła za ciebie. Co ty sobie myślisz?! Że
będziesz wagarował? Niestety! Nie ma tak dobrze, nieudaczniku jeden! –
walnęła dziennikiem o biurko i zabrała się za pisanie tematu.
- Pasowałabyś do Gregoria, perliczko. – warknąłem pod nosem.
-
A słyszała pani?! Klerr znów panią wyzywa po cichu! – naskarżył
Heeword. Miałem ochotę coś mu zrobić, był blisko mnie. Mogłem go w
każdej chwili udusić…! (…)
-
Co ty sobie wyobrażasz?! – zaczęła a ja złapałem się za czoło bezsilny.
Ściąłem tego durnia wzrokiem. – Jesteś jakimś niewychowanym
szczeniakiem! Zaraz pójdziesz do dyrektora gówniarzu! – Ja chcę wracać
do Stud!a. Do Gregoria chociażby, niech ktoś mnie weźmie w swoje ramiona
i odprowadzi z tego miejsca. Błagam…!
Dzwonek w tej atmosferze to jak objawienie Boże! Wystrzeliłem na przerwę jak oparzony.
-
O maj gef! – pisnęła Direna rzucając mi się na szyję. Zdezorientowany
próbowałem się uwolnić z jej uścisku. – To ty miśku! W końcu do mnie
wróciłeś! Aaaa! – jej głos rozsadzał mi uszy.
-
Przepraszam, ale wątpię. Tym bardziej że nigdy nikogo nie opuściłem. –
ta farbowana brunetka myślała nadal że nas coś łączy. Myślałem że ta
głupkowata myśl zniknie. Myliłem się.
-
A no tak! Przecież ty byś mnie nigdy nie zostawił! Tęskniłam! –
odepchnąłem ją delikatnie i utrzymałem dystans. Wystawiłem ręce w geście
obrony.
-
Muszę iść, pa. – zszedłem na dół zniesmaczony tą dziewczyną. Znajdując
się na powietrzu musiałem coś wymyślić aby iść do Stud!a. Jeszcze mnie
wyrzucą, pomyślą że jestem nieodpowiedzialny… Już wiem! Było to głupie
ale potrzebne. Wracając na główny korytarz, wsadziłem palce głęboko do
gardła co spowodowało odruch wymiotny i po chwili… Yhm. Sami wiemy co
dalej. Zwracałem jak kot. Na szczęście znalazł się jakiś zainteresowany
nauczyciel i zaprowadził mnie do pielęgniarki. Piguła zaczęła zadawać
pytania standardowe. „Jadłeś coś? A jak tak to co? Boli cię
głowa/brzuch? Miałeś takie objawy dziś rano albo wczoraj? Bierzesz
jakieś leki?” musiałem na to odpowiedzieć. Ale jakbym naprawdę się źle
czuł i takie pytania by wystąpiły to chyba bym puściłam na nią pawia.
Przekonałem
ich że sam dojdę do domu i tam odpocznę. Gdy tylko nie było widać tej
ruiny zwanej „szkołą” wyciągnąłem kilka miętówek i przeżułem aby nikt
nie poczuł tego smrodu wymiocin. Prysnąłem się jeszcze perfumami i
skierowałem się do uczelni muzycznej. (…) Trwały lekcje a ja cicho
odstawiłem torbę do szafki i zobaczyłem co mam teraz.
- Beto, Angie…
-
Gregorio. – usłyszałem za sobą. Odwracając się wiedziałem kogo
oczekiwać. – A pan co tu robi? Nie powinieneś być czasem na lekcji?
Uciekasz?! – Półłysek warczał jak nieopierzony szczeniak. A miało być
spokojnie…
[Kolejny
rozdział i oto wiecie co to za dziewczynka, cisnęła Brada do szafek.
;-) Pojawiła się kochana wychowawczyni - Brunhilda. Gregorio + Brunhilda
= Gregoda ? xd Haha, mam nadzieję że się spodobało. Pozderki. ;-) ]
SERDECZNIE ZAPRASZAMY DO SKOMENTOWANIA.
"- Na pewno? Zawieźć Cię do szpitala? – tak Brad! Od razu na OIOM. – Mogłaś doznać urazu przy wypadku, może potrzebujesz specjalisty. – pff! Gregorio by się uśmiał!"... Ja się uśmiałam.
OdpowiedzUsuńBardzo fajny rozdział. Szkoda, że taki krótki, ale... Żyje się! Czekam na dłuższego nexta i na Gregodę!
Rozdział okropnie mi się podoba.
OdpowiedzUsuńCoś miałam wrażenie, że to Natalie, ale nie byłam pewna. :D Ona ma chyba największe branie w całym Studiu! Wszyscy się w niej zakochują. XD
Haha, Grgoda? Trzy razy "TAK" dziękujemy, przechodzisz dalej. :D
"Półłysek warczał jak nieopierzony szczeniak" hahahahahhahah, to mnie rozwaliło.
Bardzo mi się podobało.
Pozdrawiam! :>
Wacek Prontochałowicz mnie rozwalił, wiesz? XD
OdpowiedzUsuńJak zwykle, akcja z Gregorio musi być.
Gregoda? Mi pasuje, czekam na rozwój sytuacji. :D
Przepraszam, że taki krótki, ale nie mam nastroju ani weny na komentarze...
Mimo wszystko - idealny. <3
Brad to ma pomysły, zwłaszcza do wymyślania imion i nazwisk... :) XD
OdpowiedzUsuńGregoda, mhm. Niech spiknie ich kiedyś, umówi na jakąś randkę czy coś XD
Rozdział świetny. :)
Gregoda rules ;p Podoba mi się, szczególnie to, że Brad próbuje połączyć oba "światy". Czekam na kolejny. :)
OdpowiedzUsuń